Powietrze drga nerwowo nad ciągnącymi się wzdłuż drogi połaciami trawy. Ostatnie drobiny nocnego chłodu, które jeszcze przed chwilą skrywały się w jej zakamarkach znikają. Granice między nocą i dniem zacierają się bezpowrotnie. Różowa poświata na ich styku wypełnia powietrze gorącem. Cienka, pozioma linia wyznacza miejsce przejścia; z teraz do wtedy, z potem do nigdy. Ciche pstryknięcie. Wszystkie cząstki drgają, najmniejsze atomy i cała ta mikro reszta nieopisana. Duszne, świetliste okrycie, błękitnie włochate. Zamiera czas, i ruch. Drobiny kurzu zastygłe w powietrzu. Dynamiczna kompozycja zatrzymana w kadrze nieruchomego spojrzenia. Prawie idealna, zrównoważona, silne kontrapunkty. Siedem światów równoległych.
Ona pojawia się nagle, niespodziewanie. Nieoczekiwana, w męczącym upale poranka. Zbliża się powoli. Delikatnie stawia maleńkie stopy na rozgrzanym piachu. Jej długie, ciemne włosy są teraz wyprostowane ale gdy dzień jest pochmurny i mokry, potrafią zwijać się w miliony wesołych loczków, jakby chciały powiedzieć: „Nie martw się! Jest piękny dzień nawet jeżeli słońce dzisiaj nie świeci”…
komentarze (0) | dodaj komentarz